Menu

Magazyn wrażeń

Czasami się bywa. Czasami się pisze.

Plotka o plotce

magazynzdan

Już Grecy wiedzieli, że plotka, nazwana przez nich przez nieuwagę mitem, jest miejscem objawiania się prawdy. Bo czym byłaby prawda bez plotki? Niemym gościem na uczcie bogów. ​Nudnym, jak trzeźwy Bachus. Prawda – o, to jest wielkie słowo. Tak zresztą obszerne, że mieści się w nim tak wszystko, jak i nic. I to w tym samym momencie. Słowo tak poważne, że najchętniej posługują się nim kaprale moralności i klucznicy interpretacji. Tymczasem na co dzień prawda niesiona jest lekko przez sprawy niezobowiązujące. Również literacko.

Antoni MarianowiczAntoni Marianowicz, dla przyjaciół - Kazik (ale to zupełnie inna historia...), jest jedną z tych postaci polskiej literatu... a, no właśnie - nie. Nie literatury, a raczej nie tyle jej samej, co życia literackiego, które swego czasu było współautorem kolejnych wersów zaczernianych przez maszyny drukarskie. Sama literatura - pestka. Ileż stron pięknie wydanych nie wydało z siebie tego kiełka, który mógłby się przebić przez czas nawarstwiających się przyszłych dziesięcioleci? Mnóstwo, mrowie całe. Bo tym, co przeniosło w teraźniejszość geniusz polskich pisarzy pierwszej połowy ubiegłego wieku nie są podręczniki, lecz atmosfera, w której pisali. A czym przekazać tę atmosferę, jeśli nie plotką?

Ktoś powie, że są badania literackie, tomy doktoratów i wypracowań licencjackich, które zmagają się ze stolikami literackimi i postaciami, które przy nich trwoniły czas na kolejnych kawach i - jak pewnie powiedziałby Franc Fiszer - zajmowaniu się metafizyką. One jednak tylko potwierdzają istnienie tej atmosfery, tropiąc dowody na istnienie filiżanek kawy w Ziemiańskiej, Czytelniku czy salonie Boyów przy Smolnej. Ważne i potrzebne (czasami po to, by nie zmarnować środków na granty), mimo szczerych chęci, są jak opis anatomii pocałunku. Niby w temacie, ale jak tu się całować z mędrca szkiełkiem?

Są jednak i tacy, którzy potrafili tę najcenniejszą sprawę polskiej literatury niedawnej przekazać na ciepło, niemal na żywo. Z pewnością Antoni Marianowicz mógł napisać kilka tomów przypisów do wspomnień o swoich redakcyjnych (i innych) spotkaniach z Tuwimem, Słonimskim, Gałczyńskim i wszystkimi nieświętymi płci obojga. Zamiast tego jednak poprowadził nas na pchli targ. Tam, gdzie ​wśród gwaru znajomych miejsc można znaleźć prawdziwe skarby. A kto kiedykolwiek bawił się kolorowymi szkiełkami ten wie, że są one więcej warte, niż polerowane perły (Tuwim ze Słonimskim, widząc podejrzliwość policjanta, wymieniali się czymś skrycie w bramie. Kiedy stróż prawa wreszcie i z pełną powagą urzędu zażądał wyjaśnień, Słonimski - jak złapany na gorącym uczynku rzezimieszek - wyszeptał: ...bo widzi pan, panie władzo, my się z tym panem wymieniamy kolorowymi kamykami...).

Spacer z Marianowiczem to wycieczka po redakcjach, kabaretach i teatrach powojennej Warszawy. Zakorzeniony pamięcią w świecie "Paryża północy", przyszły wiceszef "Szpilek" rozpoczyna swoje spotkania literackie jeszcze w Łodzi, skąd trafia do zrujnowanej stolicy i - jak wielu innych - przychodzi mu rozpoczynać dorosłe życie w świecie absurdu i nadziei. Szybko okazuje się, że ten młody debiutant (na ile można było pozostać młodym po wojnie) całkiem dobrze radzi sobie nie tylko z własnymi limerykami, ale i z pracą redakcyjną. Trochę więc jako pisarz, trochę jako redaktor, a nawet jako krewniak - poznaje tych, których czytał przed wojną i tych, których z czasem będzie publikować lub współtworzyć kabaret, programy radiowe i telewizyjne. Poznaje, spotyka i pamięta.

Antoni Marianowicz, Pchli targAntoni Marianowicz
PCHLI TARG

Wydawnictwa Radia i Telewizji
Warszawa, 1991

132 strony
ilustracje czarno-białe
miękka okładka

To właśnie pamięć człowieka tuż obok, kogoś, kto uczestniczył w pracy i życiu innych autorów, a jednocześnie poznawał ludzi z krwi i kości, prowadzi nas przez kolejne stoliki i biurka. Również tych, o których dziś często nie pamiętamy lub po prostu nie uczono nas o nich w szkole. Tam zazwyczaj poznajemy tzw. fakty z życia, okrojone do potrzeb omówień lektur. Marianowicz zaś nie tylko pamięta fakty - te zresztą można sprawdzić gdzie indziej. Autor fantastycznego przekładu "Madame Butterfly" przede wszystkim dzieli się stylem rozmów, zapachami zadymionych kawiarni, szumami wentylatorów oraz kolorami stolic świata ....i znoszonych szlafroków.

Pisze - trochę jak Boy - o ludziach żywych, nie przekraczając jednak nieostrej granicy intymności. Po lekturze kolejnych rozdziałów nie mam przecież wrażenia, że stałem się oto osobistym znajomym Minkiewicza, choć właśnie spędziłem kilka minut w jego zaciemnionym mieszkaniu. Nie mam złudzeń, że fantastyczna Maja Berezowska jest postacią, o której twórczości nadal wiem kompromitująco niewiele. Ukochany Tuwim jest nadal ukryty w chmurach niewiedzy i kilku propagandowych gradobić, które pamiętam. Bo w tych wspomnieniach nie chodzi o to, by dokumentować, lustrować, nie pisze się tu biografii ani esejów krytycznych. Tu - zamiast rozległego biurka biografa czy obiektywu literackiego paparazzo - znajdziemy stolik z kawą. Tu się plotkuje.

Mówimy czasami "jak niesie plotka", nie zastanawiając się, dlaczego właściwie plotka niesie, a nie np. ciągnie. A, być może dlatego, że właśnie jest w stanie lekko udźwignąć rzeczy, które nosi. Nie ma tu gatunkowych czy emocjonalnych ciężarów. Nawet, jeśli pojawiają się obrazki z wojny, to po to, by przynieść skojarzenia, o których nie dowiemy się dziś z podręczników ani historii, ani literatury.

Plotka Antoniego Marianowicza niesie jego samego i czytelników, niesie skojarzenia i inspiracje, nosi zapowiedzi zapachów, za którymi możemy podążyć - już na własną rękę. Mnie poniosło w wiele miejsc, o których istnieniu nie miałem wcześniej pojęcia. Poznałem ludzi i miejsca, którzy zainspirowali mnie nie swoją wielkością, lecz szczególnością. Odwiedziłem choćby gabinet Juliana Rogozińskiego, który według Marianowcza był mistrzem w sztuce wysublimowanej plotki.

​Wysublimowana plotka. Ano. Znali ją już niesforni Grecy ze starożytnej Akademii, tylko jak tu niby po starogrecku powiedzieć "plotka" pośród niebywale poważnych filozofów (nawet jeśli dobrze podpitych)? Ale widać trzeba było Marianowicza, żeby ich "mitowi" dał dobre polskie tłumaczenie. Jeśli bowiem mit urósł przez te wieki do rangi języka religii i nabrzmiałego problemu kultury, to plotka przywraca równowagę w świecie, który czasami zapomina o niezobowiązującym uśmiechu, radości i tym, że nie jesteśmy tu po to, by umrzeć na wybitnie poważne suchoty.

ZOBACZ TEŻ >>> "Galeria Marianowicza (opowiastki z szuflady)"

 

 

© Magazyn wrażeń
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci