Menu

Magazyn wrażeń

Czasami się bywa. Czasami się pisze.

Trubadura liryczna

magazynzdan

trubaduryW kradzionym szarym kalendarzu znalazłem pod jedenastym stycznia urodziny Ryszarda Poznakowskiego. I choć nikt i nic jego wkładu w polską muzykę estradową nie jest w stanie umniejszyć, mnie po wsze czasy - przez niego właśnie! - polski bigbeat przedzierać się będzie z trudem przez doświadczenie jednej piosenki. Piosenki - ba! Utworu, dzieła, świadectwa na to, że w niespełna trzy minuty można rozgromić dorobek muzyczny ludzkości. Przesada? Nie sądzę.

Był zdaje się rok ‘67. Od trzech lat kilku chłopaków grało muzykę, która czasami w przedziwny sposób miała łączyć słowiańskie tradycje muzyczne z wyklętym po tej stronie Żelaznej Kurtyny rock & rollem. Obwieścili światu, że będą Trubadurami, zagrali na festiwalu w Opolu, nagrali piosenkę do serialu “Wojna domowa” - i tak narodziła się kolektywna gwiazda estrady. Zaliczani do naszych czołowych bigbeatowców, tworzyli coś, co według niektórych udać się nie mogło: ugrzecznioną, tolerowaną przez władzę wersję muzyki, która na Zachodzie buntowała młodzież. Tam - towarzyszyła paryskim (i nie tylko) studentom w rewolcie ‘68, a rok później woodstockowiczom w wolnych miłościach pod niebem hrabstwa Sullivan.

Nie kontynuując historycznych dywagacji, a korzystając z faktu, że mogę (bo na studiach mieszkałem z dyplomowanymi muzykami i teoretykami płci obojga - to chyba wystarczająca kompetencja?) - chciałem poddać utwór Trubadurów odważnej analizie. Ale to ja się poddałem. Dlatego spisuję jedynie skrawki kilku tomów, jakie powinny zostać napisane. Nie trzymając w napięciu - tak, chodzi o ten jedyny w swym rodzaju hymn do miłości. Miłość też musiała być jedyna w swoim rodzaju i chyba dobrze, bo takiej ilości afektu świat mógłby nie utrzymać w gaciach ewolucji.  

 

0:00 - forte extatico

Już pierwsze uderzenia w klawisze nie pozostawiają złudzeń: mamy do czynienia z przełomem w myśleniu o sztuce muzycznej. Bezkompromisowość, hardość oraz pasja już w kuwerturze utworu! Sam Ryszard “Lwi Klawisz” Poznakowski mówił w którymś z wywiadów nazbyt skromnie, że starał się w tym utworze przełamać bigbeatowe przyzwyczajenia. Na Boga, żeby tylko bigbeatowe! Nawet staruszek Czajkowski zapowiadał trąbami wprowadzenie użycia fortepianu jako instrumentu rypanego na początku swojego Koncertu b-moll! Trubadurzy od pierwszego uniesienia ramion nad klawiaturę nie dają słuchaczom zapaść się w fotele. Napisałem o uniesieniu ramion - tak! Same palce nie byłyby w stanie wprowadzić klawiszy w stan obicia, fortepianu w kondycję powypadkową, a okoliczne wioski w stan stuporu tuż przed uderzeniem muzycznego Jelcza. A to tylko pierwsze dziewięć sekund, by na kolejne trzy dać odetchnąć pierwszej zmianie instrumentalistów, wprowadzając lekkie, przedwcześnie postkoidalne wyciszenie.    

0:12 - mazowiecka fraza wokalna

Wykształcone ucho wychwytuje w mig tę niebywałą zdolność wokalisty do rozpoczynania frazy od półwydechu. Umiejętność niespotykana ani w świecie rocka, ani śpiewu klasycznego - jednak Krzysztof Krawczyk przejmuje tę niszę na cały czas zmagań wokalnych. Wydłużone “byłaś” z fenomenalnym vibrato nizinnym, wprowadza niemal szopenowską tęsknotę, przerwaną jednak znienacka załkniętą głoską w finezyjnym “widzi-a-łem przecież”. Ileż przyduszonego zaskoczenia na resztce wydechu, ileż łkliwej emocji w powtarzanym później w nieskończoność, transowym “byłaś tu”, ileż jurnego “r” w emfatycznym “przed rokiem”. Ileż niemenowskiego, tylkojęzykowego “ł” w końcówce księżycowego “wpadł”! Takich atrakcji będziemy słuchać przez całą głębię utworu, a ich echa pozostaną na trwałe w histerii muzyki polskiej.

Awangardowa logika libretta

Odejdźmy na moment od samej muzyki i posłuchajmy słów. Nie ma tu miejsca na pełną analizę literacką, zwróćmy jednak uwagę na kilka aspektów poetyckich dzieła, które z całą pewnością stanowi przykład polskiej martylologii miłosnej. Libretto utrzymane jest w tradycji liryki dwubiegunkowej: od tęsknego wspomnienia do niedowierzającej nadziei szaleństwa. Nasz podmiot liryczny wyraźnie zakorzenia swe wyznania w szczególnej, choć wyrywkowej empirii. Dowodami na istnienie ukochanej są jedynie jej oczy, być może jedyna część doczesnej powłoki, na którą w ogóle warto zwracać uwagę, zwłaszcza że jak inne strzygi, wybranka znikała przed świtem.

Rzewne wyznania przerywają znienacka wersy refleksyjne, których struktura logiczna zaskakiwała badaczy od momentu pojawienia się płyty (znane jest zakrzyknienie Pierre’a Dupoi z L’Institute Oralle In Becille, który w apogeum strajków akademickich napisał na murze swojego instytutu: “Logique s’apelle Krawczyk!” [tłum.: Logika ma na imię Krawczyk!]). Klasyczne już dziś przezwyciężenie opozycji fraz przeciwstawnych, wówczas otwierało zupełnie nowe horyzonty myślenia. “Byłaś tu moja i nie moja, / Byłaś tu, jak gdyby smutkiem uśmiechnięta” - zmieszczenie takiej silni oksymoronowej w obrębie zaledwie dwóch wersów zafrapowało nie tylko logików i językoznawców, ale również - ze względu na potencjał energetyczny - fizyków jądrowych i badaczy NASA. Gdybyż nie ta Żelazna Kurtyna…

Na zakończenie tej części zwróćmy jeszcze uwagę na dwa nasycone semantycznie fragmenty.

Pierwszy przemyca niemal erotyczne sklepienie warstwy tekstowej, kiedy podmiot przyznaje współdzieloną z wybranką niespokojność. Niektórzy badacze wskazują jednak, że owa niespokojność nie jest romantycznym syndromem braku zmysłowej konsumpcji, lecz ogólnej utraty równowagi na skutek nasycenia przeżywaniem.

Drugi wprowadza nas w rondo gramatyczne; “...i wtedy już wiem po co, znów uwierzyłem twym oczom”. Zaskakująca konstrukcja początku frazy ma jednak na celu wytrącić nas z resztek pewności co do trwałości świata. I trzeba przyznać, iż czyni to skutecznie na tyle, że kolejne powtórzenia strof traktujemy jak wir ukojeń skołatanej duszy. Rację miał prof. Ambroży Legumina-Wuszko, kiedy pisał: “Mamy tu do czynienia z lirycznym walcem prowadzonym przez umęczonego łzawym odwodnieniem Erosa”. Zaiste.

1:23 - forte extatico II

Nie bez przyczyny przywołana tu fraza: “i wtedy już wiem po co”. Symultanicznie bowiem powtarzane jest forte extatico z kuwertury, dzięki czemu cały fragment nabiera - o ile to jeszcze możliwe - większego patosu. Powszechnie uważa się, że większe jego natężenie mogłoby się znaleźć tylko w Etiudzie rewolucyjnej Szopena granej przez trąby jerychońskie. Jednak dr Gerwazja Tuba zdaje się podważać zasadność tej tezy zauważając, że jerychońskość jest cechą fundamentalną trubaduryzmu bigbeatowego, w związku z czym zresztą nałożono na omawianych artystów zakaz wykonywania Szopena (na wszelki wypadek).

1:40 - wokaliza bażancia  

Niemal dokładnie w połowie tego opus magnum polskiej muzyki estradowej rozpoczyna się - trwająca z niewielkimi przerwami do końca - wokaliza, która zmieniła podejście artystów rocka do miejsca wokalu w piosenkach. Nakładające się na siebie spokojny damski głos i owe bażancie, niedostrzelone, barokowe wykrzyknienia - po prostu paraliżują słuchaczy do reszty, porywając ich w takt angielskiego walca tam, gdzie wtedy nie wiedzą że mogą byli by będą (że tak użyję wspomnianego wcześniej ronda gramatycznego).

Tę rzadką technikę wokalną określa się już powszechnie jako gdaque (lub ang. gdack) i z pewnością jej prekursorem jest skromnie chowający się za innymi muzykami z zespołu pan, którego przez szacunek dla skromności nie będziemy ujawniać, gdyż byłoby mu łyso. Trwający przez kolejne wersy oraz drżące emocją śpiącego wulkanu gdaque osiąga swe apogeum w 1:48. Od tego momentu mniej wyrobiona część publiki popada w ekstatyczny letarg, zaś ci, którym udało się ocknąć po poprzednim odsłuchaniu odgarniają niecięte latami włosy i brody, by doczekać końca piosenki. I swojego.   

Dodajmy jedynie, że również słynna wokaliza z The Great Gig In The Sky Pink Floydów okazała się nieudaną próbą dociągnięcia do standardu wyznaczonego przez “le musicalle bagant”, jak trafnie określił trubadurowskie uniesienia wokalne kard. Joseph Deaf.

Dziedzictwo trubaturszczyzny

Można byłoby się rozpisywać również na temat parlanda pod koniec dzieła, którego mgliste rozumienie wypowiadanych słów doprowadza co bardziej wrażliwych odbiorców na skraj samobójstwa (nawet bardziej odpornym psychicznie stanowczo odradzamy porównywanie wyżej wspomnianego z tym, które powalającym westchnieniem rozpoczyna inny fascynujący song: “Będziesz Ty”). Można pisać tomy. Ale nic i nikt, nigdy i nigdzie, nie opisze tego hymnu jak on sam opisuje tęskność wypełnioną refleksją rozległą jak równiny mazowieckie, wzniosłą jak Żuławy Wiślane, żwawą jak żubr zimą. To oni, Szopenowie polskich krajobrazów muzycznych współczesności, będą niedoścignionymi mistrzami empatii i erotycznej narracji.    

Jakim historycznym wydarzeniom mogłaby towarzyszyć pieśń Trubadurów? Otóż takiego atomowego pytania lepiej nie ruszać. Bo jeśli takie wydarzenie nastąpi, zmiecie nas wszystkich jak świeży podmuch wokalizy 1:40.    

 

 

© Magazyn wrażeń
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci