Menu

Magazyn wrażeń

Czasami się bywa. Czasami się pisze.

Trubadura liryczna

magazynzdan

trubaduryW kradzionym szarym kalendarzu znalazłem pod jedenastym stycznia urodziny Ryszarda Poznakowskiego. I choć nikt i nic jego wkładu w polską muzykę estradową nie jest w stanie umniejszyć, mnie po wsze czasy - przez niego właśnie! - polski bigbeat przedzierać się będzie z trudem przez doświadczenie jednej piosenki. Piosenki - ba! Utworu, dzieła, świadectwa na to, że w niespełna trzy minuty można rozgromić dorobek muzyczny ludzkości. Przesada? Nie sądzę.

Był zdaje się rok ‘67. Od trzech lat kilku chłopaków grało muzykę, która czasami w przedziwny sposób miała łączyć słowiańskie tradycje muzyczne z wyklętym po tej stronie Żelaznej Kurtyny rock & rollem. Obwieścili światu, że będą Trubadurami, zagrali na festiwalu w Opolu, nagrali piosenkę do serialu “Wojna domowa” - i tak narodziła się kolektywna gwiazda estrady. Zaliczani do naszych czołowych bigbeatowców, tworzyli coś, co według niektórych udać się nie mogło: ugrzecznioną, tolerowaną przez władzę wersję muzyki, która na Zachodzie buntowała młodzież. Tam - towarzyszyła paryskim (i nie tylko) studentom w rewolcie ‘68, a rok później woodstockowiczom w wolnych miłościach pod niebem hrabstwa Sullivan.

Nie kontynuując historycznych dywagacji, a korzystając z faktu, że mogę (bo na studiach mieszkałem z dyplomowanymi muzykami i teoretykami płci obojga - to chyba wystarczająca kompetencja?) - chciałem poddać utwór Trubadurów odważnej analizie. Ale to ja się poddałem. Dlatego spisuję jedynie skrawki kilku tomów, jakie powinny zostać napisane. Nie trzymając w napięciu - tak, chodzi o ten jedyny w swym rodzaju hymn do miłości. Miłość też musiała być jedyna w swoim rodzaju i chyba dobrze, bo takiej ilości afektu świat mógłby nie utrzymać w gaciach ewolucji.  

 

0:00 - forte extatico

Już pierwsze uderzenia w klawisze nie pozostawiają złudzeń: mamy do czynienia z przełomem w myśleniu o sztuce muzycznej. Bezkompromisowość, hardość oraz pasja już w kuwerturze utworu! Sam Ryszard “Lwi Klawisz” Poznakowski mówił w którymś z wywiadów nazbyt skromnie, że starał się w tym utworze przełamać bigbeatowe przyzwyczajenia. Na Boga, żeby tylko bigbeatowe! Nawet staruszek Czajkowski zapowiadał trąbami wprowadzenie użycia fortepianu jako instrumentu rypanego na początku swojego Koncertu b-moll! Trubadurzy od pierwszego uniesienia ramion nad klawiaturę nie dają słuchaczom zapaść się w fotele. Napisałem o uniesieniu ramion - tak! Same palce nie byłyby w stanie wprowadzić klawiszy w stan obicia, fortepianu w kondycję powypadkową, a okoliczne wioski w stan stuporu tuż przed uderzeniem muzycznego Jelcza. A to tylko pierwsze dziewięć sekund, by na kolejne trzy dać odetchnąć pierwszej zmianie instrumentalistów, wprowadzając lekkie, przedwcześnie postkoidalne wyciszenie.    

0:12 - mazowiecka fraza wokalna

Wykształcone ucho wychwytuje w mig tę niebywałą zdolność wokalisty do rozpoczynania frazy od półwydechu. Umiejętność niespotykana ani w świecie rocka, ani śpiewu klasycznego - jednak Krzysztof Krawczyk przejmuje tę niszę na cały czas zmagań wokalnych. Wydłużone “byłaś” z fenomenalnym vibrato nizinnym, wprowadza niemal szopenowską tęsknotę, przerwaną jednak znienacka załkniętą głoską w finezyjnym “widzi-a-łem przecież”. Ileż przyduszonego zaskoczenia na resztce wydechu, ileż łkliwej emocji w powtarzanym później w nieskończoność, transowym “byłaś tu”, ileż jurnego “r” w emfatycznym “przed rokiem”. Ileż niemenowskiego, tylkojęzykowego “ł” w końcówce księżycowego “wpadł”! Takich atrakcji będziemy słuchać przez całą głębię utworu, a ich echa pozostaną na trwałe w histerii muzyki polskiej.

Awangardowa logika libretta

Odejdźmy na moment od samej muzyki i posłuchajmy słów. Nie ma tu miejsca na pełną analizę literacką, zwróćmy jednak uwagę na kilka aspektów poetyckich dzieła, które z całą pewnością stanowi przykład polskiej martylologii miłosnej. Libretto utrzymane jest w tradycji liryki dwubiegunkowej: od tęsknego wspomnienia do niedowierzającej nadziei szaleństwa. Nasz podmiot liryczny wyraźnie zakorzenia swe wyznania w szczególnej, choć wyrywkowej empirii. Dowodami na istnienie ukochanej są jedynie jej oczy, być może jedyna część doczesnej powłoki, na którą w ogóle warto zwracać uwagę, zwłaszcza że jak inne strzygi, wybranka znikała przed świtem.

Rzewne wyznania przerywają znienacka wersy refleksyjne, których struktura logiczna zaskakiwała badaczy od momentu pojawienia się płyty (znane jest zakrzyknienie Pierre’a Dupoi z L’Institute Oralle In Becille, który w apogeum strajków akademickich napisał na murze swojego instytutu: “Logique s’apelle Krawczyk!” [tłum.: Logika ma na imię Krawczyk!]). Klasyczne już dziś przezwyciężenie opozycji fraz przeciwstawnych, wówczas otwierało zupełnie nowe horyzonty myślenia. “Byłaś tu moja i nie moja, / Byłaś tu, jak gdyby smutkiem uśmiechnięta” - zmieszczenie takiej silni oksymoronowej w obrębie zaledwie dwóch wersów zafrapowało nie tylko logików i językoznawców, ale również - ze względu na potencjał energetyczny - fizyków jądrowych i badaczy NASA. Gdybyż nie ta Żelazna Kurtyna…

Na zakończenie tej części zwróćmy jeszcze uwagę na dwa nasycone semantycznie fragmenty.

Pierwszy przemyca niemal erotyczne sklepienie warstwy tekstowej, kiedy podmiot przyznaje współdzieloną z wybranką niespokojność. Niektórzy badacze wskazują jednak, że owa niespokojność nie jest romantycznym syndromem braku zmysłowej konsumpcji, lecz ogólnej utraty równowagi na skutek nasycenia przeżywaniem.

Drugi wprowadza nas w rondo gramatyczne; “...i wtedy już wiem po co, znów uwierzyłem twym oczom”. Zaskakująca konstrukcja początku frazy ma jednak na celu wytrącić nas z resztek pewności co do trwałości świata. I trzeba przyznać, iż czyni to skutecznie na tyle, że kolejne powtórzenia strof traktujemy jak wir ukojeń skołatanej duszy. Rację miał prof. Ambroży Legumina-Wuszko, kiedy pisał: “Mamy tu do czynienia z lirycznym walcem prowadzonym przez umęczonego łzawym odwodnieniem Erosa”. Zaiste.

1:23 - forte extatico II

Nie bez przyczyny przywołana tu fraza: “i wtedy już wiem po co”. Symultanicznie bowiem powtarzane jest forte extatico z kuwertury, dzięki czemu cały fragment nabiera - o ile to jeszcze możliwe - większego patosu. Powszechnie uważa się, że większe jego natężenie mogłoby się znaleźć tylko w Etiudzie rewolucyjnej Szopena granej przez trąby jerychońskie. Jednak dr Gerwazja Tuba zdaje się podważać zasadność tej tezy zauważając, że jerychońskość jest cechą fundamentalną trubaduryzmu bigbeatowego, w związku z czym zresztą nałożono na omawianych artystów zakaz wykonywania Szopena (na wszelki wypadek).

1:40 - wokaliza bażancia  

Niemal dokładnie w połowie tego opus magnum polskiej muzyki estradowej rozpoczyna się - trwająca z niewielkimi przerwami do końca - wokaliza, która zmieniła podejście artystów rocka do miejsca wokalu w piosenkach. Nakładające się na siebie spokojny damski głos i owe bażancie, niedostrzelone, barokowe wykrzyknienia - po prostu paraliżują słuchaczy do reszty, porywając ich w takt angielskiego walca tam, gdzie wtedy nie wiedzą że mogą byli by będą (że tak użyję wspomnianego wcześniej ronda gramatycznego).

Tę rzadką technikę wokalną określa się już powszechnie jako gdaque (lub ang. gdack) i z pewnością jej prekursorem jest skromnie chowający się za innymi muzykami z zespołu pan, którego przez szacunek dla skromności nie będziemy ujawniać, gdyż byłoby mu łyso. Trwający przez kolejne wersy oraz drżące emocją śpiącego wulkanu gdaque osiąga swe apogeum w 1:48. Od tego momentu mniej wyrobiona część publiki popada w ekstatyczny letarg, zaś ci, którym udało się ocknąć po poprzednim odsłuchaniu odgarniają niecięte latami włosy i brody, by doczekać końca piosenki. I swojego.   

Dodajmy jedynie, że również słynna wokaliza z The Great Gig In The Sky Pink Floydów okazała się nieudaną próbą dociągnięcia do standardu wyznaczonego przez “le musicalle bagant”, jak trafnie określił trubadurowskie uniesienia wokalne kard. Joseph Deaf.

Dziedzictwo trubaturszczyzny

Można byłoby się rozpisywać również na temat parlanda pod koniec dzieła, którego mgliste rozumienie wypowiadanych słów doprowadza co bardziej wrażliwych odbiorców na skraj samobójstwa (nawet bardziej odpornym psychicznie stanowczo odradzamy porównywanie wyżej wspomnianego z tym, które powalającym westchnieniem rozpoczyna inny fascynujący song: “Będziesz Ty”). Można pisać tomy. Ale nic i nikt, nigdy i nigdzie, nie opisze tego hymnu jak on sam opisuje tęskność wypełnioną refleksją rozległą jak równiny mazowieckie, wzniosłą jak Żuławy Wiślane, żwawą jak żubr zimą. To oni, Szopenowie polskich krajobrazów muzycznych współczesności, będą niedoścignionymi mistrzami empatii i erotycznej narracji.    

Jakim historycznym wydarzeniom mogłaby towarzyszyć pieśń Trubadurów? Otóż takiego atomowego pytania lepiej nie ruszać. Bo jeśli takie wydarzenie nastąpi, zmiecie nas wszystkich jak świeży podmuch wokalizy 1:40.    

 

 

Kontrabas i dwa inne cuda

magazynzdan

Na imię ma Ju…. i proponuje co ma najlepszego. A poza śmiechem – bilety na koncerty, które potem zostają w uszach i w oczach, choć są na tyle radiowe, że oczy powinny milczeć. Tym razem – Lutosławski na jazzowo. Projekt Szymona Klimy (klarnet), Piotra Wyleżoła (fortepian) i Adama Kowalewskiego (kontrabas) został zrealizowany w 2015 roku i poza koncertami można go posłuchać z płyty „Lutosławski Retuned”. Tyle, że na płycie nie czuć upału w czerwcowe popołudnie i ulgi jaką przynosi chłód studia koncertowego. Na okładkach nie widać kilkudziesięciu twarzy na widowni, swobodnego wybierania miejsc i tego, jak różnie można słuchać muzyki. Nie słychać śmiechów, nie można liczyć ile z głów chłonie i przetwarza nuty, a ile kiwa się w takty kolejnych tematów. Już tylko dlatego warto było być na tym koncercie.

Untitled_design_7Pomysł na jazzowe opracowanie muzyki klasycznej nie jest ani nowy, ani nie wnosi szokująco świeżych wartości do świata wykonań. Ale to dzięki tym opracowaniom można podejrzeć, jak wygląda warsztat muzyków, którzy podejmują się rozłożenia pięciolinii na linie pojedyncze, z których te czarne kropki i szlaczki szyderczo zerkają na laików: nigdy się dowiesz się, o co nam chodzi. Muzycy są różni, gdyż – ku zgorszeniu części z nich – pozostają ludźmi nawet, kiedy niosą ich najsubtelniejsze pasaże i harmonie. Znam nawet takich, którzy samo wykonanie uważają za niemal zbrodnię, bo skażone jest nieteoretycznością.

Kiedy jednak tych trzech, niewyszukanie odzianych mężczyzn przed kwieciem wieku weszło na scenę, moje dawno nieużywane przeczucie muzyczne podpowiedziało mi, że salonu tu nie będzie. I rzeczywiście, rozsiedliśmy się w kuchni. A tam, o czym wie każdy, kto lubi się sycić, a nie tylko przełykać, nie zawsze od początku wszystko smakuje. Tu, mam wrażenie, trzeba było czasu, żeby oswoić słuch i znaleźć sobie nim drogę do dźwięków. Wszystkie instrumenty na scenie miały to w naturze, że lubią subtelności, a żeby je usłyszeć, trzeba trochę dostroić ucho. Z kilku Preludiów tanecznych, które miały wypełnić większość wieczoru, pierwsze było jak strojenie całej orkiestry przed koncertem. Trzeba tej chwili, która pozwoli przełączyć zmysły i znaleźć w sobie odpowiednie częstotliwości, na których najlepiej zabrzmią.

​Oparcie utworów Lutosławskiego na trio może zapewne dawać różne efekty. Spodziewałbym się laboratoryjnego stołu, przeglądu biblioteczki muzykologicznej lub – w drugą stronę – ledwo zauważalnych odniesień do patrona studia nagraniowego przy Modzelewskiego w Warszawie. Kiedy jednak daliśmy sobie wzajemnie szansę na dostrojenie, z każdym kolejnym preludium – a także z kończącymi koncert dwoma utworami rozrywkowymi z lat ’50, które Lutosławski pisał pod pseudonimem Derwid – ta muzyczna kuchnia zapełniała się swobodą. To właśnie cenię sobie w wykonaniach, niezależnie od tego, czy siedzę z Mahlerem, grajkami ulicznymi z Nowego Orleanu, czy trójką świetnych instrumentalistów cieszących się graniem. To był wieczór, na który warto byłoby czekać, jeśli wiedziałoby się, że nastąpi. Pozwalał nieco rozeprzeć się na fotelu, przymknąć oczy lub otwierać je na kolejnych partiach solowych. Zwłaszcza w czasie krótkiej wycieczki nad Egipt, który zainspirował trio do nieco innego spojrzenia na to, co wzięli na warsztat. Wyprawa była wyśmienita (mało powiedziane!) i dla tych, którzy przyszli tu ze względu na Lutosławskiego, i dla zarażonych jazzem, i dla tych, których wychowały rockowe riffy na basie. Trio świetnych instrumentalistów grało muzykę, która zapraszała do zaangażowania, ale też nieobrażona pozwalała odpływać w skojarzenia i obrazy.

Studio im. Witolda LutosławskiegoKiedy słuchałem, co Szymon Klima wygrywa na klarnecie, na chwilę przeniosłem się w czasie i przestrzeni. Dawno temu byłem studentem-widmem i często bardziej przypominałem Latającego Holendra w porcie, niż Batorego na pełnej parze płynącego ku przeznaczeniu. I przez te kilka lat żeglugi dzieliłem studencką, wynajmowaną kajutę z Księciem mitycznych Przymiarek. Do dziś pewnie tęskni za nim porzucona przy ołtarzu architektura. On uciekł z muzyką. No, zaraz tam z całą muzyką. Z batutą w każdym razie, chudą jak długa nuta minimalistów i sfatygowaną jak smyczek skrzypiec po czardaszu. Zanim jednak to nastąpiło, pokazał mi jak oddycha klarnet, na którym grywał czasami także we wspólnych czterech ścianach. Słyszałem te posapywania, prychnięcia, popykiwania, cykania, szumienia, czkawki i szelesty między czystymi dźwiękami. Słyszałem zmęczenie, radość, tęsknoty i błądzenie po bezdrożach. Uczyłem się dźwięków zamiast nut i podpatrywałem fizjologię instrumentów. Oswajałem się ze zbawienną niesterylnością muzyki. I wszystko to przyfrunęło do mnie na koncercie dzięki nieszczelnościom drewnianego instrumentu dętego. Po pierwszych dźwiękach, które spadły ze sceny zatęskniłem za studencką filharmonią na krakowskiej Krowodrzy.
Jednak to nie tylko klarnet zatrzymuje mnie do teraz w tamtym wieczorze. Szymon Klima z pewnością myślał o tym, by zdążyć na mecz po koncercie – do czego zresztą przyznał się wprost – i nawet grał jak rozgrywający. Nie tylko na instrumencie, ale na scenie w ogóle. Ruchem głowy podawał innym partie solowe, nie faulował i celnie dośrodkowywał cody. Rozprowadzał dźwięki jak Platini. Palce uskuteczniały driblingi między ćwierćnutami i szesnastkami precyzyjnie jak nogi Maradonny w ’86.

Piotr Wyleżoł na fortepianie wypełniał przestrzenie, czasami jakby chował się w cieniu, by pozwolić pozostałym wybrzmiewać bez przepychania się. Kiedy wreszcie któreś z jego solo zaczęło wyskakiwać spod klapy czarnego krokodyla, przybywało głów kiwających się jak przy dobrym boogie-woogie, które przecie daleko od jazzu nie biega. Tyle, że tu nie chodziło o interpretację, o fakturę ani nawet – boże odpuść! – Lutosławskiego. Chodziło o swobodę, z jaką wszyscy wchodziliśmy w to spotkanie, zabawy dźwiękami i beztroską wirtuozerię.

Tym, co przekonało mnie nieodwołalnie do pracy tria i spowodowało niedosyt, kiedy trzy pary nienachalnie odzianych nóg schodziły ze sceny, była ta para w tyle. On - przygarbiony, pochylony, odchylony, przechylony. Gdyby zabrać mu tę rzecz, przez którą się wychylał, wyglądałby może jak pszczoła w tańcu godowym. Ale niechaj nikt nigdy tej rzeczy Adamowi Kowalewskiemu nie zabiera. Mógłbym się nieumiejętnie rozwodzić, co zrobił mi partiami solowymi i mruczeniem, które z tej kształtnej, opasłej i niemałej rzeczy wydobywał. Ale powinno wystarczyć tylko to jedno, co poczułem tamtego wieczoru: po takim koncercie kobieta wieczorna mogłaby mnie zainteresować tylko owinięta wokół brzęczącego kontrabasu.

​Lutosławski retuned …me. Polecam!

 

Starsi panowie w średnim wieku

magazynzdan

kabaret starszych panów​Starszy Pan Wasowski miał czterdzieści pięć, a młodszy Starszy Pan Przybora ledwie dwa lata mniej. I na metkach swoich nieskazitelnie skrojonych fraków kazali wypisać "z magazynu Starszych Panów". Kiedy po raz pierwszy puścili oko do telewidzów, nie było jeszcze oczywiste to, co wiemy dziś: ówcześni czterdziestoparolatkowe nie tylko stali się tłumaczami czasu zaprzeszłego, ale i nienachalną ikoną dobrego stylu.

Wtedy czterdziestolatkowie mogli być już starszymi panami. Z czasem świat młodniał, choć bardzo się z tym nie spieszył. Inżynier Karwowski w noc swoich czterdziestych urodzin nie tylko przeżywał drogę Dantego z początku "Boskiej komedii" pod koroną szpakowatej grzywy człowieka na szczycie pagórka, nie tylko wspominał swoje życie, jak ktoś na łożu śmierci, ale nawet kieliszki wódki wychylał nobliwie i godnie.

Co nas, którym czas zaserwował permanentny kryzys wieku średniego od wieku dojrzewania, łączy z przedwcześnie siwiejącymi bohaterami naszych wyobrażeń o dorosłym życiu? Chyba tylko świadomość, że już nie musimy się oszukiwać.

Nie ubieramy się we fraki, bo nie chodzimy na bale, ani nie celebrujemy życia. Bycie dżentelmenem wybito nam z głów dość skutecznie. Powiedziano nam o równouprawnieniu, ale nie wytłumaczono, co to za cholerstwo. Powiedziano nam o robieniu kariery, ale nie do końca objaśniono, co to ma znaczyć. Więc lekko zmęczeni zmaganiem się z nie do końca naszym światem, gasimy światło przed komputerami, ciężko pracując nocami na to, by położyć się te dwie godziny później niż inni. Mamy wtedy przynajmniej tę chwilę dla siebie, oddajemy się wreszcie złudzeniom, że jakiś kawałek świata się nie zmienił. I znów mogą nas obchodzić rzeczy naprawdę ważne: jak zostać gwiazdą rocka i jak wrócić do czasu, kiedy drogi, które są teraz za nami, nie były jeszcze wylane szybkokruszejącym asfaltem.

Odpoczywamy więc od tych wyrzutów, które nachodzą nas po cichu, kiedy widzimy kolejne zawiedzione twarze, którym nie wiadomo, co zrobiliśmy, poza być może dzieciątkiem (choć kto to może wiedzieć na pewno). A robiliśmy przecie kakao, wielbiliśmy ciało, płaciliśmy niemało. A co za to? Zostawaliśmy wielokrotnymi szujami. Matrymonialnymi (i nie tylko!) zbójami. Zostawaliśmy z gębą jak dupa z pokrzywy. A przecież wady mamy tak niewinne, że gdzieś na spodzie duszy wiemy, że wciąż możemy zachwycić intelektem i pasjami. A co gorsza... no właśnie.

Trochę się obawiamy, kiedy tknie nas losu palec swym nadmiarem, że jednak ten seks. Że niby dusza, ale że seks nam zagłusza. A my tacy po studiach. Mamy kariery w zawodach wyuczonych oraz wykonywanych zawodach miłosnych. Palimy i niszczymy jak biesy, trawimy żarem, brodzimy wśród serc. A kiedy się budzimy lub przynajmniej odrywamy spojrzenie od nóg, które nas gdzieś na chodniku wiosennym powiodły na manowce przytomności - znajdujemy drogę do spłacanych ciężko pożyczonymi pięniędzmi domów. I tam, jako dobrzy ojcowie i mężowie oddajemy się upojnym drzemkom. Albowiem prysły zmysły.

Naszym druhem stał się z czasem smutny Michnikowski. Bo i nasze dozgonne miłości sprzed lat dwudziestu kąpią się już zupełnie gdzie indziej. Aaaale! Mamy jednak tę satysfakcję, że same dla siebie i wcale nie czeka tam już inny pan, bo zapewne siedzi przed komputerem lub z innymi starszymi panami topi się na połowie czasu w kuflu piwa. A nawet jeśli nie, mamy tę przewagę, że ich tarte frotem ciała w naszych oczach są nadal smukłe. A kto nam zabroni tak sobie nadal ich nagą kroplą drążyć mózg? Kto nam zabroni wierzyć, że myślą sobie w dogodniejszej porze nie o mężach, lecz o tych, co z nimi kąpać się już nie mogą? No kto? Kto niby ma zabronić?

No tak, trochę tych jedynych miłości na wieki się nazbierało. I może ta liczba mnoga w czasie wychowała nas do tego, że czy to platonicznie czy to już sypialnie najczęściej teraz kochamy nie indywidualnie. A to do spółki z bratem, a to z katem (tak, tak, to z Cohena, też starszego pana) wspomagamy się, by żądz moc móc wzmóc bez zewnętrznych wspomagaczy. I tak przyzwyczajamy się, że przy jakiejś niej już zawsze jest jakiś matołkowaty on. Ale go tolerujemy, bo ostatecznie, w razie czego, gorycz rozstania z panią z powodu jej nierozstania z panem zawsze można podzielić i to co najmniej na dwa. A wtedy takie zdarzenie to już tylko prztyczek. I łatwiej pomyśleć już po wszystkim: "ot, był to wybryczek". A cóż dla nas może znaczyć wybryczek?...

W końcu nawet przekleństwa goniące nas przez kolejne zakręty przestają dosięgać celu. Wszystkie te dawne-zabawne pocałunki i zdrady, ucieczki sprzed ołtarzy, pukania w okna nad ranem (i w samochodach pod wieczór), szczere kłamstwa, że to pierwszy raz tak i nigdy tak jeszcze, całe to chodzenie po linie w którymś momencie przestają mieć znaczenie. Odpływają razem ze strachem, przed przegraną z innym, z inną, ze sobą i wyobrażeniami. A przeklnijcie nas, zawistne trzydziestki, czterdziestki. Nas strasznych, którzy znów nie muszą, bo odkryli, że złudzenia są tak samo realne jak prawda.

Kiedy słuchamy Starszych Panów, uśmiechamy się zupełnie inaczej niż ich czterdziestoparostarsi sąsiedzi. Odległości między kolejnymi przęsłami mostu na nieistniejący brzeg liczymy inaczej niż inżynier Karwowski. Ale jednak mamy satysfakcję: ząb zupa dąb - możecie nas wszyscy cmoknąć. A że nie chce nam się ganiać z maczugami, posyłamy od czasu do czasu światu linki do łagodnie gryzących piosenek tych czy innych starszych panów, Wasowskich, Przyborów, Jaggerów, Claptonów, Karwowskich i Kowalskich. I mamy gdzieś, że tylko my wiemy, iż prawdziwy świat nie kończy się tam, gdzie się budzimy.

I jest nam zupełnie obojętne, czy mówimy o sobie - także tu - cokolwiek sensownego. Czasami chodzi tylko o to, by podroczyć się z piosenkami. Czasami o to, by pobyć tanimi draniami. Pijamy wino za kolegów, przeciwko którym pijaliśmy kiedyś. A kiedy widzimy przed sobą prostą drogę, wiemy że albo jesteśmy w Ameryce na Route 66, albo musimy się szybko obudzić za kierownicą. Bo tu, gdzie nas przypadek lub złośliwość przedmiotów martwych powołały do życia, nie jest dana nawet ostatnia prosta, tylko kolejny niebezpiecznie wyprofilowany zakręt. Jedyna różnica, na którą sobie pozwalamy, to ilość pasażerów w samochodzie.

Bezpiecznej drogi z przygodami, starsi panowie w średnim wieku!

* * *

POLECAM! 

 

Plotka o plotce

magazynzdan

Już Grecy wiedzieli, że plotka, nazwana przez nich przez nieuwagę mitem, jest miejscem objawiania się prawdy. Bo czym byłaby prawda bez plotki? Niemym gościem na uczcie bogów. ​Nudnym, jak trzeźwy Bachus. Prawda – o, to jest wielkie słowo. Tak zresztą obszerne, że mieści się w nim tak wszystko, jak i nic. I to w tym samym momencie. Słowo tak poważne, że najchętniej posługują się nim kaprale moralności i klucznicy interpretacji. Tymczasem na co dzień prawda niesiona jest lekko przez sprawy niezobowiązujące. Również literacko.

Antoni MarianowiczAntoni Marianowicz, dla przyjaciół - Kazik (ale to zupełnie inna historia...), jest jedną z tych postaci polskiej literatu... a, no właśnie - nie. Nie literatury, a raczej nie tyle jej samej, co życia literackiego, które swego czasu było współautorem kolejnych wersów zaczernianych przez maszyny drukarskie. Sama literatura - pestka. Ileż stron pięknie wydanych nie wydało z siebie tego kiełka, który mógłby się przebić przez czas nawarstwiających się przyszłych dziesięcioleci? Mnóstwo, mrowie całe. Bo tym, co przeniosło w teraźniejszość geniusz polskich pisarzy pierwszej połowy ubiegłego wieku nie są podręczniki, lecz atmosfera, w której pisali. A czym przekazać tę atmosferę, jeśli nie plotką?

Ktoś powie, że są badania literackie, tomy doktoratów i wypracowań licencjackich, które zmagają się ze stolikami literackimi i postaciami, które przy nich trwoniły czas na kolejnych kawach i - jak pewnie powiedziałby Franc Fiszer - zajmowaniu się metafizyką. One jednak tylko potwierdzają istnienie tej atmosfery, tropiąc dowody na istnienie filiżanek kawy w Ziemiańskiej, Czytelniku czy salonie Boyów przy Smolnej. Ważne i potrzebne (czasami po to, by nie zmarnować środków na granty), mimo szczerych chęci, są jak opis anatomii pocałunku. Niby w temacie, ale jak tu się całować z mędrca szkiełkiem?

Są jednak i tacy, którzy potrafili tę najcenniejszą sprawę polskiej literatury niedawnej przekazać na ciepło, niemal na żywo. Z pewnością Antoni Marianowicz mógł napisać kilka tomów przypisów do wspomnień o swoich redakcyjnych (i innych) spotkaniach z Tuwimem, Słonimskim, Gałczyńskim i wszystkimi nieświętymi płci obojga. Zamiast tego jednak poprowadził nas na pchli targ. Tam, gdzie ​wśród gwaru znajomych miejsc można znaleźć prawdziwe skarby. A kto kiedykolwiek bawił się kolorowymi szkiełkami ten wie, że są one więcej warte, niż polerowane perły (Tuwim ze Słonimskim, widząc podejrzliwość policjanta, wymieniali się czymś skrycie w bramie. Kiedy stróż prawa wreszcie i z pełną powagą urzędu zażądał wyjaśnień, Słonimski - jak złapany na gorącym uczynku rzezimieszek - wyszeptał: ...bo widzi pan, panie władzo, my się z tym panem wymieniamy kolorowymi kamykami...).

Spacer z Marianowiczem to wycieczka po redakcjach, kabaretach i teatrach powojennej Warszawy. Zakorzeniony pamięcią w świecie "Paryża północy", przyszły wiceszef "Szpilek" rozpoczyna swoje spotkania literackie jeszcze w Łodzi, skąd trafia do zrujnowanej stolicy i - jak wielu innych - przychodzi mu rozpoczynać dorosłe życie w świecie absurdu i nadziei. Szybko okazuje się, że ten młody debiutant (na ile można było pozostać młodym po wojnie) całkiem dobrze radzi sobie nie tylko z własnymi limerykami, ale i z pracą redakcyjną. Trochę więc jako pisarz, trochę jako redaktor, a nawet jako krewniak - poznaje tych, których czytał przed wojną i tych, których z czasem będzie publikować lub współtworzyć kabaret, programy radiowe i telewizyjne. Poznaje, spotyka i pamięta.

Antoni Marianowicz, Pchli targAntoni Marianowicz
PCHLI TARG

Wydawnictwa Radia i Telewizji
Warszawa, 1991

132 strony
ilustracje czarno-białe
miękka okładka

To właśnie pamięć człowieka tuż obok, kogoś, kto uczestniczył w pracy i życiu innych autorów, a jednocześnie poznawał ludzi z krwi i kości, prowadzi nas przez kolejne stoliki i biurka. Również tych, o których dziś często nie pamiętamy lub po prostu nie uczono nas o nich w szkole. Tam zazwyczaj poznajemy tzw. fakty z życia, okrojone do potrzeb omówień lektur. Marianowicz zaś nie tylko pamięta fakty - te zresztą można sprawdzić gdzie indziej. Autor fantastycznego przekładu "Madame Butterfly" przede wszystkim dzieli się stylem rozmów, zapachami zadymionych kawiarni, szumami wentylatorów oraz kolorami stolic świata ....i znoszonych szlafroków.

Pisze - trochę jak Boy - o ludziach żywych, nie przekraczając jednak nieostrej granicy intymności. Po lekturze kolejnych rozdziałów nie mam przecież wrażenia, że stałem się oto osobistym znajomym Minkiewicza, choć właśnie spędziłem kilka minut w jego zaciemnionym mieszkaniu. Nie mam złudzeń, że fantastyczna Maja Berezowska jest postacią, o której twórczości nadal wiem kompromitująco niewiele. Ukochany Tuwim jest nadal ukryty w chmurach niewiedzy i kilku propagandowych gradobić, które pamiętam. Bo w tych wspomnieniach nie chodzi o to, by dokumentować, lustrować, nie pisze się tu biografii ani esejów krytycznych. Tu - zamiast rozległego biurka biografa czy obiektywu literackiego paparazzo - znajdziemy stolik z kawą. Tu się plotkuje.

Mówimy czasami "jak niesie plotka", nie zastanawiając się, dlaczego właściwie plotka niesie, a nie np. ciągnie. A, być może dlatego, że właśnie jest w stanie lekko udźwignąć rzeczy, które nosi. Nie ma tu gatunkowych czy emocjonalnych ciężarów. Nawet, jeśli pojawiają się obrazki z wojny, to po to, by przynieść skojarzenia, o których nie dowiemy się dziś z podręczników ani historii, ani literatury.

Plotka Antoniego Marianowicza niesie jego samego i czytelników, niesie skojarzenia i inspiracje, nosi zapowiedzi zapachów, za którymi możemy podążyć - już na własną rękę. Mnie poniosło w wiele miejsc, o których istnieniu nie miałem wcześniej pojęcia. Poznałem ludzi i miejsca, którzy zainspirowali mnie nie swoją wielkością, lecz szczególnością. Odwiedziłem choćby gabinet Juliana Rogozińskiego, który według Marianowcza był mistrzem w sztuce wysublimowanej plotki.

​Wysublimowana plotka. Ano. Znali ją już niesforni Grecy ze starożytnej Akademii, tylko jak tu niby po starogrecku powiedzieć "plotka" pośród niebywale poważnych filozofów (nawet jeśli dobrze podpitych)? Ale widać trzeba było Marianowicza, żeby ich "mitowi" dał dobre polskie tłumaczenie. Jeśli bowiem mit urósł przez te wieki do rangi języka religii i nabrzmiałego problemu kultury, to plotka przywraca równowagę w świecie, który czasami zapomina o niezobowiązującym uśmiechu, radości i tym, że nie jesteśmy tu po to, by umrzeć na wybitnie poważne suchoty.

ZOBACZ TEŻ >>> "Galeria Marianowicza (opowiastki z szuflady)"

 

 

© Magazyn wrażeń
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci